Jesteś tutaj
Dom > Nowości > Ironman okiem zawodnika

Ironman okiem zawodnika

Zmagania z zawodów IRONMAN 70.3 Salzburg

Zawody, które odbyły się pod koniec sierpnia nad pięknym jeziorem Zeller See były moim trzecim i zarazem ostatnim tegorocznym startem w triathlonie.
Nie ma co ukrywać – pomimo debiutu (udanego lub też nie) na dystansie pełnym w Frankfurcie, głównym celem tego sezonu był start właśnie w tych zawodach.

Na wstępie tej racji, chciałbym zaznaczyć, iż ostatnie 5 tygodni przygotowań było wykonanych bardzo solidnie, a wisienką na treningowym torcie był obóz triathlonowy w Szczyrku. 
Niestety 10 dni przed zawodami naderwałem delikatnie mięsień dwugłowy uda, ale jak się okazało uraz nie był na tyle poważny by przeszkodził mi w starcie.

2 dni do startu

Standardowo jak na każde zawody triathlonowe za granicą wyjeżdżam już w piątek nad ranem, tak by po południu być na miejscu i spokojnie bez paniki załatwić wszelkie sprawy organizacyjne.
Trasa dosyć długa, bo aż 800km, natomiast dzięki dobrej drodze (praktycznie cały czas autostrada) czas zleciał bardzo szybko.

Po zakwaterowaniu się, żmudnym wypakowaniu całego sprzętu, rejestracji w biurze zawodów i zjedzeniu kolejnego już solidnego posiłku węglowodanowego udało się zrobić krótki ale treściwy trening.
Pływanie w piance ok. 20-30min + delikatny 20 minutowy rozjazd na rowerze po okolicy.
Wieczorem pasta party (dosyć marna jak na warunki zagraniczne, ale na usprawiedliwienie organizatora przemawia fakt, iż była to pierwsza edycja tych zawodów, więc błędy zdarzać się mogą) oraz kawa ze znajomymi.


1 dzień do startu

Sobota to już u mnie pełen relaks, a więc o treningu lub co gorsza o spacerowaniu nie ma żadnej mowy – wyznaję tutaj bardzo prostą zasadę: czym więcej siedzisz i leżysz dupą do góry nogami tym lepiej. 
Pomimo tego faktu, dałem skusić się na krótką wycieczkę na lodowiec Kitzsteinhorn i w sumie nie żałuję bo fajna sprawa a chodzenia nie było dużo.

Po południu „wizyta” z całym sprzętem na rejestracji w strefie zmian, gdzie pani ładnie zrobiła mi zdjęcie i już byłem pewien, że nikt mojej żony (czyt. roweru) nie wyniesie.

Image 

Strefa zmian (ta sama dla T1 oraz T2) była bardzo długa i skomplikowana, przez co musiałem przeznaczyć dobrych kilkanaście minut na zapamiętanie trasy wyjścia oraz punktów zapoznawczych, tak by w dzień wyścigu nie tracić czasu na szukanie roweru.

Image 

Gdy wszystko wydawało się już gotowe, zastały mnie poważne kłopoty żołądkowe – ból jak 150, tabletki przeciwbólowe i tak do wieczora… na ratunek przyszły jednak dwie coca-cole, które „przetarły” cały środek i stopniowo ból przechodził. Na kolacje wcisnąłem jeszcze porcję 200g makaronu i udałem się spać z nadzieją, że jutro to niefortunne zdarzenie nie będzie miało znaczenia. 

Dzień startu

Organizatorzy przewidzieli start stosunkowo późno bo dopiero o godz. 10 , więc pierwszy raz mogłem się dobrze wyspać.
Rano 2 wizyty w toalecie, które po wczorajszych problemach były szczytem marzeń oraz jak to zwykle bywa odpowiedni posiłek przed-treningowy, który od kilkunastu miesięcy wygląda u mnie tak samo ^^ (płatki owsiane 160-200g, odżywka białkowa 20-25g, mleko 300ml, ew. chleb). Po śniadaniu zimny prysznic i wio na start.
W strefie zmian już tylko napompowanie szytek ( tym razem z racji złej pogody ok. 9 atmosfer) , przymocowanie licznika, zostawienie napojów izotonicznych i żeli oraz ostatnie poprawki. 
Jeszcze tylko wystać swoje w kolejce do WC i przebrać się do pianki, która na nieszczęście się delikatnie uszkodziła co kosztowało mnie nie mało nerwów.

Pływanie

Pierwsi startowali PRO oraz kategorie w przedziale 25-35, moja kategoria 18-25 startowała 5minut później. Jak to zwykle bywa na start wchodze jako jeden z ostatnich i muszę się nieźle przeciskać by wylądować stosunkowo z przodu … jak dla mnie no problem – wejście do wody i już jestem w drugiej linii.

Image 

Chwila niepewności, lekkie wodne przepychanki o utrzymanie pozycji wyjściowej i sygnał do startu. 
Jak to zwykle bywa na początku pływania – tłok choćby rozdawali darmowe kupony do Mcdonalda, a pierwsi walczyli o nie największe spaślaki. Tłumacząc na realia triathlonowe – jak to zwykle bywa z przodu pełno „miszczów”, którzy pierwsze 200m idą na rekord świata a później zastanawiają się co zrobić by się nie utopić … (aczkolwiek pod tym względem nic nie pobije wodnych zapasów z startu w Frankfurcie, gdzie już miałem ciemność przed oczyma i tylko modliłem się by się nie utopić).

Po pierwszych kilkuset metrach walki, udało mi się unormować puls i spokojnie płynąłem już swoim docelowym tempem. Połowa dystansu i niestety zaczynają się duble słabych pływaków z pierwszej fali, która wystartowała 5min wcześniej. Przy tych zamieszkach na jednej z boi straciłem kompletnie orientacje, czego efektem było nadrobienie dobrych 50m – mówi się trudno … zwiększyłem tempo i przyspieszyłem, ale co straciłem to moje.

Reszta dystansu przebiegła już spokojnie i wyszedłem z wody na 9 miejscu w kategorii – 29:15.
Zakładałem minimalnie szybszy czas, no ale co zrobić … biegiem do pierwszej strefy zmian, w której spędziłem 4:23, a więc można pomyśleć, że bardzo dużo, ale nie był to zły czas bo T1 była bardzo długa i niewygodna. 

Rower

Trasa rowerowa składała się z 2 pętli i była stosunkowo szybka, aczkolwiek zawierała kilka małych podjazdów. 
Pierwsze kilkanaście kilometrów było bardzo szybkie i jeszcze przy dobrej pogodzie, natomiast później tak jak prognozy zapowiadały lunął straszliwy deszcz i szybka trasa zamieniła się w bardzo groźną, gdyż było na niej sporo zakrętów z których by wypaść nie trzeba było dużo… 
Karetka zabierająca kilku zawodników na noszach + przygoda z Frankfurtu w takiej samej pogodzie i automatycznie włączyło mi się światełko z napisem „wrzuć na luz”. 
Pomimo minimalnie wolniejszej jeździe na zakrętach i zjazdach, nadrabiałem na podjazdach, gdzie „łykałem” przeciwników jak pierożki – w efekcie zostawiłem więcej sił ale nie traciłem aż tak dużo do innych. 

Image 

Wszystko szło według planu, aż do 60km gdzie w bufecie „od tak” jakiś frajer zajechał mi drogę i spowodował mój upadek … rower i ja lekko poobijany + spadł mi łańcuch, ale dzięki znakomitej reakcji jakiegoś wolontariusza, który pomógł mi z łańcuchem, a następnie mnie popchał (na złość koleś mnie podciął na podjeździe, więc nie ma szans by się wpiąć i ruszyć na górce) straciłem tylko, albo i aż 2-3 minuty.

Po wyjeździe z podjazdu wpadłem w furie do kwadratu i postanowiłem frajera dogonić, nawet jeśli kosztowałoby mnie to stratę wszystkich sił. Około 10km gnałem po 40-50km/h i w końcu po ciężkich bojach dogoniłem Pana X, którego zbluzgałem w 4 językach tak by przypadkowo nie zrozumiał o co mi chodzi.

Reszta trasy już minimalnie wolniej, ale pogoda była coraz gorsza i nie było większego sensu ryzykować. Po wszystkich przygodach na rowerze skończyłem z czasem 2:24, a więc niecałe 37,5km/h co spowodowało, że spadłem w grupie na 22 miejsce.

Bieg

Po zejściu z roweru, minimalnie szybsza zmiana (3:31) i pędem na trasę biegową – jeszcze tylko 21km i spokojnie będę mógł udać się pod ciepły prysznic. 
Rodzice i znajomi dopingują, więc biegnie się dużo lepiej, ale jak na złość GPS pokazuje mi jakieś bzdury, że biegnę coraz wolniej, a zdaje mi się, że biegnę coraz szybciej.

Image 

Na drugiej pętli postanawiam zrezygnować z średniego tempa na GPS-ie i biegnę na wyczucie, monitorując tylko pracę serca. W połowie dystansu lekki kryzys żołądkowy z trawieniem, więc decyduje przestawić się tylko na coca-cole i po 3km przynosi to pozytywny efekt. 

Image 
(dublując zawodników  // z flagą na klatce)

Trzecia i ostatnia pętla to minimalne podkręcenie tempa i cel by wyprzedzić jak największą liczbę osób, które aktualnie biegną 3 pętlę (tudzież posiadają 3 kolor opaski na ramieniu). Tym sposobem miałem kilka bardzo ciekawych pojedynków, które udało mi się wygrać, a nagrodą było ciągłe podwyższenie tempa. Ostatni kilometr poszedłem już ile fabryka dała (3:50/km) i zameldowałem się na mecie – zmęczony i zmarznięty, ale jednak zadowolony, gdyż na tablicy pojawiła się nowa życiówka, która wygląda już całkiem całkiem :)

Image

W ostatecznym rozrachunku 4H:37min i 12 miejsce w kategorii. 
Na pewno mały niedosyt bo miała być pierwsza „dziesiątka”, a na dodatek boli fakt, iż gdyby odjąć 3 minuty stracone na wypadku rowerowym to byłbym na pozycji numer 8.
Tak czy inaczej zawody należy zaliczyć do udanych.

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować mojej ekipie kibicującej, rodzicom oraz firmie www.suple-shop.pl/ ,która wspomagała mnie suplementami bez których wszystkie przygotowania byłby o wiele trudniejsze. 

Za rok widzimy się na podium!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz
Do góry