Jesteś tutaj
Dom > Nowości > Tenis. Nauka woleja krok po kroku.

Tenis. Nauka woleja krok po kroku.

Wolej jest ważnym elementem techniki gry w tenisa ziemnego. Warto go trenować i opanować do perfekcji. Poniższy tekst traktuje o technice uderzenia wolejowego. Oczywiście jedynie praktyka może doprowadzić do przyswojenia sobie umiejętności poprawnego, skutecznego i bezbłędnego uderzania wolejem, ale nie zaszkodzi też trochę teorii. Od teorii warto zacząć – ta na pewno nie utrudni nauki, a może wręcz znacznie ją ułatwić. 

Nauke wykonywania woleja dzielimy na trzy części. Są to trzy kolejne, podstawowe kroki. Postaraj sobie przyswoić „wolejową” wiedze krok po kroku. Zapraszamy do lektury!

 

                   

 

 

I. CEL ATAKU

Najważniejsza kwestia przy nauce każdego rodzaju uderzenia to maksymalne upraszczanie owego uderzenia i wydobywanie niezbędnego minimum technicznego.

Oto link do filmiku na Youtube:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=qXdpkqBcVR8 

Nigdy nie jest tak, że można sobie odpuścić szczegółową analizę własnych uderzeń. Nigdy też nie zaszkodzi podjąć dyskusję na temat najdrobniejszych choćby elementów. Umiejętność wykonywania efektownego i efektywnego woleja sprawi, że Twoja gra będzie popisowa i –przede wszystkim – skuteczna. Zanim jednak zaczniesz zbierać plony nauki woleja, trzeba poświęcić temu uderzeniu nieco czasu i planu treningowego. Bo wolej jest o tyle szczególny, że nie bardzo da się go ograć ot tak sobie. Forhend czy bekhend z głębi korty gra się zawsze i przy okazji każdego pobytu na korcie, więc siłą rzeczy albo „same z siebie” zyskają pewien poziom ogrania i komfortu, albo postara się o to Twój sprytny przeciwnik, jak to ma często miejsce zwłaszcza w przypadku bekhendu. Serwisu też nie da się uniknąć ilekroć grasz na punkty. Że taki trening to za mało? Pewnie, dlatego tak często obserwować można u grających problemy z podaniem.

Problemów z wolejem teoretycznie można uniknąć w sensie dosłownym, planując swój tenis taktycznie z dala od siatki. Czasem jednak zagrania z powietrza zwyczajnie uniknąć się nie da, znaczenie częściej – zwyczajnie unikać nie warto. Wiem, że jesteśmy nieco spóźnieni, wszak na takie postanowienia najlepszy jest koniec sezonu letniego. Nigdy jednak nie jest zły moment, by rozwijać się tenisowo. Zatroszcz się zatem o swój wolej, krok po kroku, zwłaszcza jeżeli do tej pory nie było to Twoim zwyczajem.

 

Krok 1. Po co to?

No niby wiadomo: po co. Idę do siatki, by następną piłkę uderzyć wcześniej, dać rywalowi mniej czasu na reakcję, a i najchętniej zyskać komfort dla uderzenia kończącego wymianę. Otóż w praktyce, jak widzę, różnie bywa z tą motywacją ataku do siatki. Niektórzy idą, bo zostają o to „poproszeni” dropszotem, inni korzystają z okazji, czyli krótkiej piłki, o ile okazja to czytelna i zwyczajnie grzech nie skorzystać. Jeszcze inni szukają okazji bardzo intensywnie i pretekst może być dowolny, choćby własny skuteczny serwis. Oczywiście, często taka a nie inna taktyka wynika bezpośrednio z wolejowych umiejętności i ogrania, ale aspektem często tu pomijanym jest prawdziwa, podświadoma intencja zawodnika atakującego. Często różna w opisanych powyżej przeze mnie przypadkach.

Gracze „nieśmiali” w ataku często liczą na to, że po prostu wystraszą przeciwnika samą obecnością przy siatce, że zmuszą w ten sposób do popełnienia błędu przy granym pod presją minięciu. Że sami nie zostaną zmuszeni do grania woleja. Na dłuższą metę takie podejście owocuje pasywną postawą w ataku. I – siłą rzeczy – skuteczność samego ataku drastycznie obniża.

Charakterystyczną cechą dla wolejowych wyjadaczy jest polowanie na piłkę. Pewnie, nie obrażą się, jeżeli piłka w ogóle do nich nie wróci, ale cel ataku jest jasny: „Daj mi tę (tu wstaw preferowany przymiotnik) piłkę! Jak najszybciej!!”. Taki gracz nie czeka z uderzeniem, gdy wystarczy wykonać kolejny krok w przód, by dopaść piłkę wyżej, szybciej, w bardziej komfortowym miejscu. By zakończyć wymianę tu i teraz.

Nie znaczy to bynajmniej, że już pierwszy wolej musi być koniecznie tym dobijającym. Wytrawny gracz wolejowy zadowala się, gdy pierwsze uderzenie, często grane w mało komfortowej pozycji, zmusi rywala do odegrania tzw. „wystawki” i pozwoli na zabicie wymiany już przy najbliższej okazji. Dysponuje w tym celu szerokim wachlarzem narzędzi, poczynając od wolejów głębokich, granych pod samą końcową linię, poprzez kąśliwe crossy aż po subtelne stop-woleje. Umiejętnie stosowane, sprawią broniącemu sporo problemów, odsłonią kort i powiększą przewagę w wymianie. A wszystko to najczęściej przy nie większym ryzyku popełnienia błędu, o ile prawidłowo egzekwowane.

W grach podwójnych zazwyczaj nawet nie trzeba silić się na kąśliwe woleje. Wystarczy przebić piłkę na drugą stronę i wspólnie wygodnie usadowić się przy siatce, czekając na okazję do wysokiego, kończącego uderzenia. Tu nie trzeba też szukać okazji do ataku – zwyczajnie należy szturm przypuścić jak najszybciej, bo kto pierwszy, ten zazwyczaj lepszy.

W singlu okazję warto sobie wypracować, dostrzec i zdecydowanie wykorzystać. Poruszałem już swego czasu ten temat na blogu – nie zawsze okazja ogranicza się do wyrzucającego strzału w okolice linii bocznej kortu. Czasem wystarczy dowolny dyskomfort uderzenia u przeciwnika. Konieczność zdejmowania piłki z klatki piersiowej, względnie sięganie po głębokiego, wysokiego topspina. A może niespodziewany dropszot? Dowolny moment, w którym według Twojej oceny zdolność rywala do precyzyjnego minięcia jest ograniczona. Zaskakuj i zbieraj plon.

Zadanie domowo/kortowe: przypomnij sobie, co czujesz, z jakim nastawieniem atakujesz siatkę. Spróbuj wizualizować siebie w ataku dynamicznym, agresywnym z parciem na piłkę godnym polowania najgroźniejszych drapieżników. A jednocześnie ataku przemyślanym, konsekwentnym, godnym rasowego szachisty. Czy da się dwie pozorne skrajności pogodzić? Pewnie! Pod warunkiem rzecz jasna nabycia odpowiedniej techniki i ogrania. 

 
 
   
 
 
 
 
II. ATAK
 
A więc jednak ruszamy do siatki! Decyzja podjęta, nie ma odwrotu! Odwrotu nie ma, bo i nie ma nic gorszego niż brak zdecydowania w tenisie. W każdym aspekcie. Atak do siatki nie jest tu wyjątkiem. Oczywistym bowiem jest, że niepewność podczas ataku znacząco uwydatnia ryzyko znalezienia się w samobójczej pozycji na korcie. Zbyt daleko od siatki, by swobodnie grać woleja. Zbyt głęboko w środku własnej połówki, by skutecznie podjąć wymianę z kozła. Wprost idealnie dla przeciwnika, by zagrał nam piłkę pod nogi i wygrał wymianę w ten sposób bezpośrednio, względnie sam stworzył sobie wymarzoną sytuację do ataku.
 
 
Oto link do filmiku na Youtube:
 
 

A więc ruszamy zdecydowanie. Szybko! Szybko z tego samego powodu, jak wyżej. Nie chcemy, by rywal złapał nas w niewygodnej pozycji, z piłką pod nogami, kiedy to wyciągając niziutkiego woleja czy półwoleja i podnosząc piłkę do góry sami prosimy się o swobodne minięcie. Im bliżej siatki znajdziemy się w momencie zagrania pierwszego woleja, tym rzecz jasna lepiej. Tym większy komfort uderzenia, tym większe pole manewru. Dlatego też nieco w kategoriach mitologii traktować należy przekonanie, że im silniejsze uderzenie poprzedzające atak, tym lepiej. Nic podobnego! Siła jest tu, podobnie jak i w wielu innych przypadkach, zdecydowanie przereklamowana. Uderzenie poprzedzające atak musi być, co oczywiste i o czym pisałem już wcześniej, dla przeciwnika niewygodne. Piłka szybka, pewnie, może być niewygodna, ale ma swoje minusy: gdy rywal „złapie” takie uderzenie, może wykorzystać jego siłę, by odegrać piłkę z podobną prędkością. A my przecież potrzebujemy czasu! Dlatego absolutnie nie rezygnuj z kąśliwego czy głębokiego slajsa, albo agresywnego, wysokiego topspina jako pomysłów na zainicjowanie ataku.

Wielu tenisistów, nawet wśród tych grających turniejowo, swą „nieśmiałość” ofensywną tłumaczy obawą przed lobem. Tak, jest to jakiś argument. Jakiś. Bo obalić taki argument można szybciutko. Jedyny bowiem rodzaj loba, który może być groźny na równi z niskim minięciem jest lob topspinowy. O to, by przeciwnik nie posłał w górę topspina zadbać powinna jakość Twojego uderzenia otwierającego atak (tzw. approach shot). Naprawdę trudno zagrać jest precyzyjnego loba w odpowiedzi na dobry atak! Dużo trudniej, niż wrzutkę pod nogi w pół kortu czy ciasnego crossa. Nie wierzysz? Obserwuj zatem mecze i gromadź statystyki. Owszem, lobów dostawać będziesz sporo, zdecydowana większość zasługiwać jednak będzie wyłącznie na bezwzględne potraktowanie smeczem. Być może czasem poprzedzone kilkoma kroczkami korekty pozycji, ale od czego nasza wytężona praca nad poprawą pracy nóg?

Bo od pracy nóg oczywiście nie uciekniesz. To przecież tenis, a tenis stoi na pracy nóg, tak jak dom stoi na fundamentach. I o pracy nóg wypadałoby w tym momencie też słów kilka rzucić.

 

Oto link do filmiku na Youtube:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=h5rSqTTIOE0 

 

Regułą niemal żelazną jest, by w chwili ataku, dosłownie na momencik przed wykonaniem przez przeciwnika uderzenia, wykonać naskok obunóż. Na powyższym filmiku pracy nóg Any nie widać, ale z łatwością wyłapiesz moment, gdy ów naskok ma miejsce. Niektórzy gracze rezygnują z naskoku, zwłaszcza w grze deblowej, gdzie atakuje się znacznie częściej, nierzadko w znacznie mniej pieczołowicie dobranym momencie, w mniej sprzyjającej okazji… Wówczas z jednej strony każdy krok do przodu się liczy, żeby pierwszy wolej wykonać jak najbliżej siatki, z drugiej – mniejsza powierzchnia kortu pozostaje do pokrycia. Nie zatrzymują się zatem, nawet kosztem mniej komfortowej pozycji (w sensie technicznym) dla samego uderzenia.

Ty jednak wybierz klasyczny wariant i wykonaj naskok. Są teorię, które mówią, że każde uderzenie w wymianie należy poprzedzić naskokiem, ja wskażę wolej jak ten szczególny przypadek, gdzie znaczenie naskoku jest największe. W ten sposób bowiem uzyskujesz optymalny stan gotowości do szybkiej reakcji, a przy pierwszym woleju znaczenie szybkiej reakcji osiąga apogeum. Uzyskujesz też pozycję wyjściową dającą największy możliwy komfort zagrania prawidłowego technicznie uderzenia.

     

 

 

III. W KOŃCU GRAMY WOLEJA!

No nareszcie. Uczyniliśmy już dwa kroki w kierunku prawidłowego woleja, a jak dotąd nie dotknęliśmy jeszcze piłki! Gdy byłem dzieckiem, nic nie wywoływało mojego zniecierpliwienia bardziej niż „gra wstępna”, czyli ćwiczenia bez rakiet. Nie mogłem się doczekać momentu, gdy chwycę za moje tenisowe narzędzie i zacznę odbijać pierwsze piłki. W naszej wolejowej edukacji właśnie dochodzimy do tego momentu.

Co bynajmniej nie oznacza, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie! Nie będzie, bo pierwszy wolej rzadko bywa wysoki, „wiszący”, z tych, co to tylko trzepnąć rakietą i zapomnieć. Pierwszy wolej zazwyczaj trzeba wygrzebać gdzieś spod nóg i skierować w taki sposób, by następna piłka od przeciwnika była już klasyczną wystawką. Taką wystawkę potraktujemy już bezwzględnie, w międzyczasie docierając do celu wycieczki czyli w bezpośrednie sąsiedztwo siatki. 

 

Zobacz film:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=pY3JFPcxuWw 

 

Tak, wiem, to nie jest żelazny scenariusz. Naprawdę demolujący atak często owocować będzie bezpośrednią wystawką, o ile w ogóle piłka do Ciebie wróci. Życie uczy jednak, że od trudnych wolejów nie uciekniesz, zwłaszcza jeżeli grasz przeciwko doświadczonym tenisistom, oswojonym także z grą podwójną. Grą podwójną, gdzie zwykle brak miejsca na klasyczne passing shoty i umiejętność miękkiego grania pod nogi pozwala wygrać wyścig do siatki i w konsekwencji kolejne wymiany. Na niskie woleje zatem należy się przygotować… Taaaaak… Od pewnego czasu zachodzę w głowę, jak mało ja sam dotąd czyniłem w tym kierunku.

Bo niski, grany z okolic środka kortu wolej to uderzenie jak każde inne. I jak każde inne uderzenie wymaga regularnego treningu. Regularnego, czyli nie takiego od święta, przy okazji gry na punkty i przy okazji przypadkowych, akrobatycznych wymian. Regularny trening sprawi, że poczujesz się w meczu niemal komfortowo, łapiąc najtrudniejsze woleje. Ale o tym za momencik.

Mamy zatem za sobą ofensywne uderzenie z głębi kortu, mamy za sobą start do siatki. Dobrze, jeżeli wykonaliśmy też naskok, bo zapewnia ów możliwie najlepszą pozycję do zagrania kolejnego uderzenia. Jeszcze lepiej byłoby , gdybyśmy oczekiwali na nasz wolej niziutko na nogach, z mocno ugiętymi kolanami. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, sam miewam z realizacją tego założenia masę problemów, zwłaszcza gdy wysłużone stawy dają o sobie znać. Warto jednak się starać, bo ugięte nogi to zarówno większy komfort uderzenia, jak i jego skuteczność. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem Pete?a Samprasa, że co prawda można próbować zastąpić prawidłową pozycję nóg wytężoną pracą rąk, ale znacznie lepszy efekt osiągniesz, gdy każda część ciała zwyczajnie robi to, co do niej należy.

 

Zobacz film:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=l4AR-_l-iAg 

 

Co do pochylenia sylwetki – z różnymi opiniami się spotykam. Również z takimi, że grając woleja, plecy należy mieć pionowo wyprostowane. Osobiście nie mam wątpliwości, że pochylić się do przodu należy, bo pochylona sylwetka to naturalna pozycja wyjściowa do dynamicznego wykroku w przód (i zazwyczaj także w bok) jaki towarzyszy uderzeniu. Pochylona sylwetka, wraz z ugiętymi nogami pozwala też „zejść z nadgarstkiem pod piłkę”. Gdy tak sięgam pamięcią do mojego procesu szkolenia, nigdy bodaj nie spotkałem się z naciskiem na ten szczegół. Wnioski z praktyki są za to jednoznaczne: jeżeli w momencie uderzenia Twój nadgarstek trzymający rakietę znajduje się poniżej poziomu piłki, prawdopodobieństwo nieprecyzyjnego woleja maleje drastycznie.

Gdy tak sobie na spokojnie czytałem poprzedni odcinek cyklu wolejowego, uderzyło mnie, jak często stosowałem wówczas dwa słowa: „praca nóg”. Językowi pedanci byliby pewnie zniesmaczeni, ale coś w tym jest. O pracy nóg nie tylko można mówić do znudzenia, do znudzenia warto też nad pracą nóg trzymać pieczę w praktyce treningowej. Naszemu wolejowi towarzyszyć będzie, jak już pisałem, wykrok po skosie: do przodu i w kierunku uderzenia. Jeżeli uderzamy z prawej strony, lewa noga jest wykroczną i vice versa. O pracy rakiety szczegółowo postaram się napisać w kolejnym kroku.

Pisać i czytać jednak można wiele, na nic się jednak zda teoria w ogniu walki, jeżeli nie zostanie wcielona w życie na treningu. W meczu bowiem liczyć się będą tylko wypracowane nawyki techniczne i taktyczne, efekt nieskończonych powtórzeń treningowych. Jedno z ciekawszych ćwiczeń gry woleja z każdej niemal pozycji proponowali ostatnio bracia Bryan w swoim deblowym cyklu szkoleniowym dla fuzzyyellowballs.com. Skuteczne, co nie znaczy, że skomplikowane ? ot, rozwinięcie klasycznej wymiany po przekątnej, zarówno w wersji forhendowej jak i bekhendowej. Zamiast gry z kozła, ćwiczymy tu woleja, poczynając od pozycji zbliżonej do linii końcowej (pamiętając o odpowiednio głębokim nagrywaniu piłki), z każdym uderzeniem zbliżając się o kilka małych kroczków do siatki. I kończąc wymianę niemal twarzą w twarz, bliziutko siatki.

Oczywiście, do tego dorzucić warto ograniczone tylko Twoją kreatywnością warianty treningu z koszyka. Bo same wymiany crossowe, jakkolwiek świetnie rozwijające czucie piłki, siłą rzeczy ograniczają możliwość dowolnego wyboru kierunku i głębokości woleja. W przypadku gry z kosza, można ćwiczenia wybierać dowolnie, ba, łączyć wręcz różne sposoby i kierunki uderzania w jednej serii. Wszystko po to, by w meczu pierwszym wolejem „ustawić” sobie rywala i stworzyć jeszcze większą przewagę na korcie, prowadzącą do decydującego, bezwzględnego woleja czy smecza.

Nie zapominaj jak ważna jest praca nóg! Nogi, nogi i jeszcze raz nogi, no i poprawne uderzenia rakietą!

 

                        

 

Trenuj wolej krok po kroku, a gra w tenisa stanie się dla Ciebie satysfakcjonująca i bardzo przyjemną. Jeśli chcesz dobrze grać w tenisa ziemnego nauka solidnego woleja jest niezbędna. Zapoznaj się porządnie z powyższym tekstem, a ułatwisz sobie naukę uderzenia wolejowego. Żadna teoria nie zastąpi praktyki, ale dobrze przekazana wiedza teoretyczna może okazać się niezwykle pomocna w treningu praktycznym.

 

 

 

 

 

Tekst został napisany

na podstawie kilku artykułów

pochodzących ze strony: tenis net

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz
Do góry