Jesteś tutaj
Dom > Nowości > Tenis. Wolej – wyższa szkoła jazdy!

Tenis. Wolej – wyższa szkoła jazdy!

W poniższym tekście opisujemy bardziej szczegółowe i skomplikowane kwestie dotyczące uderzenia wolejowego w tenisie. W poprzednim artykule tłumaczyliśmy krok po kroku, jak opanowac podstawy związane z wolejem. W dzisiejszym tekście prezentujemy kwestie należące do wyższej szkoły wolejowej jazdy. 

 

                

 

I. PRACA RĄK W WOLEJU

Tyle już kroków wolejowych zrobiliśmy i dopiero teraz nawiązuję do pracy rąk? Przecież wolej, jak i cały tenis, zasadza się na pracy rąk trzymających rakiety, powie ktoś! Oczywiście, nie będzie to nikt z Was, którzy brniecie ze mną przez moje rozważania. My już wiemy, że praca rąk w tenisie to jeden z wielu aspektów. I niewiele będzie znaczyć, jeżeli pozostałe elementy układanki technicznej nie będą stanowić odpowiedniego gruntu.

Co nie znaczy, że pracę rąk można zaniedbać. Że można puścić luzem, na pastwę złych nawyków. Praca rąk też wymaga szczegółowego omówienia, a potem konsekwentnej realizacji podstawowych reguł. Po kolei… 

 

POZYCJA PRZED UDERZENIEM

Samo ustawienie w sensie odległości od siatki jest sprawą o tyle indywidualną, że każdy z nas w nieco innej odległości może czuć się komfortowo. Jedni, dla przykładu, na loba reagują szybciej, inni będą woleli nieco odsunąć się od siatki, kosztem presji na przeciwnika i komfortu gry woleja. Ogólnie ja staram się przebywać w takiej odległości, by w każdej chwili móc dotknąć rakietą siatki. Ale dziś nie o tym, dziś szybciutko wracamy do tematu rąk.

Łokcie wypychamy lekko do przodu, rakietę trzymamy oburącz przed sobą w taki sposób, by główkę mieć przed nosem. Niczym gardę do obrony twarzy, jak chcą niektórzy. Ale przecież nie w celu obrony do siatki zmierzasz! Z takiej pozycji zwyczajnie najefektywniej jest uruchomić rakietę do szybkiego uderzenia. Uchwyt koniecznie kontynentalny, czyli powierzchnia naciągu w położeniu pionowym. Identycznym zarówno dla forhendu jak i bekhendu. Nie ma czasu na manewrowanie uchwytem podczas wymiany wolejowej.

 

UDERZENIE

Samo uderzenie też jest szybkie, krótkie. Nie bawimy się w imponujące zamachy. Bezpośrednie odprowadzenie rakiety w bok, równolegle do siatki w zupełności wystarczy. I tak gramy zazwyczaj siłą przeciwnika, poza tym uderzysz przecież przed sobą, więc główka zdąży nabrać prędkości. Zwłaszcza, jeżeli wsparta odpowiednim balansem tułowia, ale to znowu temat na inną opowieść.

 

Oto link do filmiku na Youtube:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=KqAbJMOY7qo 

 

Sprawą często dyskutowaną za to jest wykończenie woleja. Niektóre instruktaże, zwłaszcza amerykańskie, publikowane w postaci multimedialnej sugerują bardzo krótki ruch rakiety i szybkie zablokowanie przed sobą ręki w łokciu. Naprawdę krótki ruch, może 30, może 40 centymetrów, gdyby liczyć tor główki rakiety. I ja bym się nawet z taką techniką zgodził właśnie w warunkach nawierzchni twardych, gdzie uderzenia bite są płasko, mocno, a do piłek nie klei się mączka.

Jak już kiedyś bodaj zdarzyło mi się pisać, w naszych warunkach, gdzie styl grania bywa znacznie bardziej urozmaicony, a piłki zdarzają się cięższe i odbijają się słabiej, warto mieć w arsenale wolej dłużej wykańczany. Wykańczany w ten sposób, że rakieta wchodzi nieco pod piłkę, a jej pozycja finalna w zasadzie pokazuje kierunek, w którym uderzona piłka ma podążać.

Nie oznacza to, że negujemy wolej krótki! Tak się bardzo często właśnie gra, zwłaszcza gdy reagujemy na bardzo silnego passing shota. Czasem wręcz wystarczy tylko wyciągnąć rakietę w bok i pozwolić na wykorzystanie siły uderzenia rywala. Bywa, że wręcz nie ma czasu na inną reakcję. Są też jednak sytuacje, bardzo częste, gdy uderzana wolejem piłka nie osiągnie wymaganej dynamiki ani kontroli bez dłuższego wykończenia. Wspomniałem o cięższych piłkach. Wspomniałem o miękkich, technicznych, niskich próbach minięć. Prawdziwym jednak testem dla skuteczności Twojego woleja będzie reakcja na uderzenie slajsowane, czyli grane z rotacją wsteczną. Rotacją powodującą, że piłka zsuwać się będzie w dół z Twojego naciągu. Rotacją nie bez powodu znacznie częściej stosowaną przez doświadczonych tenisistów właśnie wtedy, gdy kort jest ciężki, wolny , wilgotny. W takich wypadkach krótki wolej, zwłaszcza jeżeli poparty pasywną pracą ciała, to gwarancja ?zaliczenia? siatki.

Przy okazji, skoro my już przy tych bardziej wymagających odmianach woleja – ważna reguła, powtarzana ostatnio często przeze mnie. Absolutnie krytyczna przy uderzeniach niskich, ale istotna przy każdym woleju – staramy się, by nadgarstek trzymający rakietę ściągnąć niżej, niż znajduje się uderzana piłka. Zwróć na ten detal uwagę, nagrodą będzie miękki, łatwiej kontrolowalny wolej. Owszem, czasem trzeba się napracować, by osiągnąć ten efekt, zejść niziutko na nogach. Warto…

 

Oto link do filmiku na Youtube:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=uQMLW2Szcb0 

 

Powyżej zastosowano pewne uproszczenie, ale niech będzie. Możemy założyć, że to wysokość, na jakiej uderzamy piłkę determinuje długość i sposób jej prowadzenia na rakiecie. Najważniejsze, by mieć świadomość, że wolej to w zasadzie kilka różnych technicznie uderzeń. Wszystkie należy czuć i grać swobodnie. Nawet drajw wolej, który ja osobiście traktuję w kategoriach uderzenia sytuacyjnego i w niniejszym cyklu świadomie omijam, jako bliźniaczo podobny do klasycznego forhendu czy bekhendu.

Jak trenować wolej krótki? Wystarczy stanąć blisko siatki i ? Łapać? Płaskie, silne uderzenia trenera czy sparringpartnera. I kierować, zgodnie z zamierzeniem,  w każdy niemal punkt kortu po drugiej stronie siatki. Kończyć wymiany silnym, płaskim uderzeniem albo gasić niepozornym stop-wolejem, dodatkowo rozluźniając nadgarstek. O, mniej więcej tak, jak pokazuje ten oto pan.

 

Oto link do filmiku na Youtube:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=Qju-1MOj9cg 

 

Długo za to nie miałem prostego patentu na wszechstronny trening niższych, obszerniej prowadzonych wolejów. Podobał mi się patent braci Bryanów na „spacer do siatki” – wymianę, którą zaczynamy z głębi kortu i po każdym uderzeniu robimy krok w przód. Zaczynając od wolejów bardzo długich, kończąc niemal zderzając się rakietami ze sparringpartnerem. I wszystko super, ale to już naprawdę kawał zaawansowanego grania.
Na swoje potrzeby wymyśliłem wariant prostszy. Zaczynamy bliziutko siatki, obaj ćwiczący w takiej samej odległości. Odbijamy 8-10 wymian. Krok w tył… 8-10 wymian… krok w tył… i tak dalej… Dla celów deblowych, grywam to ćwiczenie w wariantach crossowych, czyli najpierw wymiany forhendowe po przekątnej (bekhendów granych z okolic środka też nie unikamy) a następnie, po „przespacerowaniu” całej długości kortu, przechodzimy na przekątną bekhendową. I analogicznie – blisko siatki… 8-10 wymian… krok w tył…

Gratisowo dodatkowa korzyść – piękne czucie całego kortu i ogranie półwoleja, który siłą rzeczy co jakiś czas się przytrafia. Czyli umiejętności nieocenione zwłaszcza w grze podwójnej.

A tam już naprawdę trzeba być „bogiem siatki”, jak to zatytułował siebie pewien rezolutny młodzieniec, przeciwko któremu nie dalej jak przedwczoraj grałem debelka. Na prawdziwie rzetelne ogranie i reputację trzeba sobie jednak zasłużyć mozolnym treningiem i setkami pojedynków. Pocieszyć Cię jednak mogę, że wolejowe treningi opisane jak wyżej same w sobie stanowią pewne urozmaicenie w porównaniu z klasycznym klepaniem wymian z głębi kortu…

… tak więc nie masz wymówek…

 

       

 

 

II. PO PIERWSZYM WOLEJU

A więc pierwszy wolej w wymianie  masz już za sobą? Dlaczego „pierwszy”? Tak to zazwyczaj jest, że na jednym się nie kończy. Chyba, że zagrasz naprawdę piorunujący atak, tzw. approach shot, który przeciwnik ledwie sięgnie i odegra byle jaką, wygodną dla Ciebie wystawkę. Chyba, że wykażesz się doskonałym czuciem piłki i nawet z trudnego woleja umieścisz piłkę w takim miejscu, że będzie ona poza zasięgiem rywala. Najczęściej jednak pierwszy wolej to dopiero przygrywka do prawdziwego rozstrzygnięcia wymiany, grany w reakcji na agresywną próbę minięcia na różne sposoby.

Pierwszego woleja nie warto ryzykować, wystarczy umieścić w miejscu niewygodnym dla przeciwnika. Czy istnieje tu prosta definicja sformułowania „niewygodny”? Nie bardzo. Niekoniecznie musi to być strefa, która znajdować się będzie od broniącego w największej odległości, choć to oczywiście patent najbardziej oczywisty. Czasem jednak trudniejsze może okazać się zagranie „przeciw nogom”, w dokładnie to samo miejsce, które zdążył właśnie przeciwnik opuścić, wracając zgodnie z kanonami tenisa do środka kortu. Trudny będzie też zwyczajny długi wolej pod końcową linię, nawet grany w środek, na ciało. Albo wręcz przeciwnie ? gasnący tuż za siatką stop wolej, po którym trzeba najczęściej uciekać się do wymyślnych zagrań sytuacyjnych, by w ogóle myśleć o skutecznym minięciu atakującego.

Mniejsza o to, jaki kierunek pierwszego woleja wybierzesz. Ważne, by uderzenie wykonane zostało z użyciem balansu ciężaru ciała, podczas opadania na nogę wykroczną. Dla porządku – u osoby praworęcznej mowa o nodze lewej dla woleja forhendowego i prawej dla bekhendowego. Dlaczego tak często podkreślam ten element? Bo to kanon, jasna sprawa. Nie ma dynamiki uderzenia wszelakiego, z wolejem włącznie, jeżeli nie jest zbudowane na dynamicznej pracy ciała i nóg. Skoro dotyczy to wystawek – większość błędów jest tu bowiem pochodną pasywnej gry nogami, tym bardziej dotyczyć będzie pierwszego woleja. Zatem wolej trudny dla broniącego i dobrze kontrolowany przez Ciebie, to wolej w ruchu do przodu. Ale to nie jedyny pozytywny efekt zagrania na balansie. Drugi to naturalny ruch naprzód, niezbędny w sytuacji, gdy przy pierwszym woleju złapano Cię nieco dalej od siatki, przykładowo w okolicy linii serwisowej. Wówczas pęd do siatki musi siłą rzeczy być kontynuowany jak najszybciej. Biegniesz wszak prawdopodobnie po tego decydującego woleja lub smecza.

Ano właśnie? Skupiamy się w tekście na dzikim niemalże pędzie do przodu, a przecież jest jeszcze popularna, zwłaszcza wśród początkujących adeptów sztuki wolejowej, obawa przed lobem! Przecież nie każdy z nas ma grubo powyżej dwóch metrów wzrostu i długie łapska jak Joakim Noah syn słynnego onegdaj Yannicka, ceniony środkowy NBA i tytułujący sią ze śmiechem „unlobable”, gdy pytany na konferencjach prasowych o sukcesy w dyscyplinie sportowej ojca. 

 

Zobacz film:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=qXdpkqBcVR8 

 

Po pierwsze – o dobrego loba niełatwo. A takiego naprawdę dobrego, a nie tylko o wystawkę, będącą prezentem dla dobrze smeczujących. Bo dobrze smeczujesz, prawda? Jeżeli jeszcze nie – zadbaj o smecza, jest bardzo ważny, także dla Twojej psychiki. ?Krok po kroku? dla smecza też napiszę, bez obaw. Co do loba natomiast ? pewnie, zdarzy się nie raz, że atakując nadziejesz się na precyzyjny lob topspinowy, po którym zasadniczo można tylko pogratulować lobującemu. Ale działa to na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce w przypadku asów serwisowych. Albo netów, żeby w jeszcze większą skrajność pójść. „Shit happens”, jak mawiał Forrest Gump i nic na to nie poradzimy. Należy zwyczajnie przyjąć, że będą w granych przez nas meczach wymiany, które zwyczajnie przegramy, choćbyśmy nie wiem co robili… Taki urok tenisa. Żaden to jednak powód, by zaniechać konsekwencji w ataku. Znacznie bardziej prawdopodobne bowiem będzie, że jeżeli już w ogóle otrzymasz podczas ataku loba, będzie raczej defensywny, co najwyżej rzeczywiście wymagający od Ciebie sprawnej pracy nóg i skutecznego smecza. Jak pisałem, do tego tematu jeszcze wrócę przy innej okazji.

Po drugie – lob o tyle jest mniej groźny po pierwszym woleju, że Twój pęd w kierunku siatki jest już niemal na pewno wolniejszy w porównaniu z momentem ataku. Więc i o zwrot w tył łatwiej. Jeżeli jednak przeciwnik lubuje się w wysokich minięciach, a Ty nie czujesz z tego powodu pełni komfortu ataku, możesz ostatecznie rozważyć przyjęcie pozycji lekko bokiem zwróconej wolną ręką w kierunku siatki. W ten sposób zyskasz cenne ułamki sekund. Przede wszystkim jednak – trenuj takie scenariusze!

Trenuj też wysoki wolej kończący. Przede wszystkim ? w klasycznej postaci, grany w zewnętrzne narożniki kar serwisowych. Korzystaj z każdej okazji, by potrenować taki wolej (smecz też!) z koszyka, ale i korzystaj z regularnych wymian, ustawiając partnera z boku kortu bezpośrednio po zewnętrznej stronie korytarza deblowego. Ważne – kończącego woleja nie musisz grać oszałamiająco mocno! Zwyczajny zdecydowany ruch rakietą, połączony z prawidłową pracą nóg z pewnością wystarczy. Pozwoli za to na luźne prowadzenie rakiety i w efekcie wyższą skuteczność tego wbrew pozorom niełatwego uderzenia.

 

           

 

Po zapoznaniu się z powyższym tekstem przystąp do ćwiczeń praktycznych. Owocnej nauki!

 

 

 

 

 

 

Tekst został napisany

na podstawie kilku artykułów

pochodzących ze strony: tenis net

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz
Do góry